MÓWIĄCE KAMIENIE

Stacja Lipowa Tucholska – 600 m Miejsce potyczki żołnierzy mjr. „Łupaszki ” z WBW

zdjecie

Kamień V Wileńskiej Brygady AK

Ze stacją Lipowa Tucholska związane jest miejsce potyczki żołnierzy mjr Zygmunta Szendzielarza ps.”Łupaszko” z WBW oraz historia młodziutkiej sanitariuszki i łączniczki AK Danuty Siedzikównej ps. „Inka”.

 

 

Opis potyczki przy stacji Lipowa Tucholska

 

 

Nie mając, jak się wydaje, jasno sprecyzowanej koncepcji dalszych działań, dowódca 5 szwadronu podjął kolejną już, na przestrzeni ostatnich dwóch tygodni, próbę skontaktowania się z dowódcą brygady, bądź też kimkolwiek z dowództwa KOW. W tym celu około 16-17-07.1946 r. do Malborka wyruszyła pociągiem ze stacji Lipowa 17-letnia sanitariuszka Danuta Siedzikówna “Inka” /towarzyszył jej - jako obstawa, urlopowany na okres kilku tygodni Henryk Kazimierczak “Czajka”/ 134. Pomimo zaledwie kilku dni dzielących ich wyjazd od powrotu z Trójmiasta “Marka” i “Mercedesa” sytuacja w jakiej znalazła się siatka wileńska na Pomorzu uległa dramatycznej zmianie. Pierwszy sygnał ostrzegawczy świadczący o wsypie w organizacji “Inka” z “Czajką” otrzymali już na pierwszym etapie swojej wyprawy - w Malborku135 . Kontakt, na który mieli udać w tym mieście, mieszczący się przy ulicy Rodziewiczówny 9 /u pani Terasiewiczowej/ okazał się być już “zwinięty” przez resort bezpieczeństwa. Tylko dzięki przypadkowemu spotkaniu z synem aresztowanej właścicielki ww. lokalu obydwu wysłannikom 5 szwadronu udało się uniknąć aresztowania136 . Jeszcze tego samego dnia opuścili oni Malbork, kierując w stronę Olsztyna, bliżej jak sądzili ówczesnego miejsca pobytu mjr “Łupaszki” i operujących razem z nim dwóch pododdziałów 5 Brygady. Tam też otrzymali drugie już w ciągu ostatnich kilku dni poważne ostrzeżenie. Miasto to bowiem, podobnie jak wcześniej Malbork, objęte zostało operacją UBP przygotowaną dzięki wydatnej “pomocy” b. łączniczki mjr Zygmunta Szendzielarza “Reginy”, współpracującej już od kilku tygodni z resortem bezpieczeństwa. Większość punktów kontaktowych, których adresami dysponowała Danuta Siedzikówna była już “popalona”, a członkowie siatki aresztowani. Pomimo zorganizowania przez miejscowe UBP zasadzek w większości konspiracyjnych lokali i tym razem - jak się już wkrótce okazało po raz ostatni - do dwójki partyzantów 5 szwadronu uśmiechnęło się szczęście. Podobnie jak to miało miejsce wcześniej na Powiślu udało się im nawiązać kontakt z członkiem rodziny jednego z zatrzymanych /żoną Norberta Szymonowicza “Stopki”/, która w porę ostrzegła ich o grożącym niebezpieczeństwie137 . Nie znając aktualnych miejsc stacjonowania 3 i 4 szwadronu oraz zasięgu aresztowań dokonywanych przez resort bezpieczeństwa na Warmii i Mazurach, “Inka” z “Czajką”, podjęli decyzję o jak najszybszym wyjeździe do Gdańska, gdzie jak wynikało z wcześniejszych relacji “Marka” i “Mercedesa” było jeszcze “względnie spokojnie”. Istniała też realna szansa natknięcia się tam, przynajmniej przypadkowo, na któregoś z łączników wysłanych akurat przez mjr “Łupaszkę” na kontakt z Komendą Okręgu Wileńskiego /przy okazji “Inka” miała także za zadanie uzupełnić środki opatrunkowe i lekarstwa niezbędne do prowadzenia dalszych działań partyzanckich przez grupę sierż. “Leszka”/. Brak rzetelnych informacji na temat źródła “wsypy”, z którą “Czajka” z “Inką” stykali się od początku swojej wyprawy, okazał się niestety zgubny w skutkach. Nie mając od kilku tygodni łączności z dowództwem, “uspokojeni” dodatkowo szczęśliwym powrotem z Trójmiasta zespołu dywersyjnego, partyzanci 5 szwadronu nie mogli wiedzieć, iż największe zagrożenie ze strony UBP związane jest właśnie z gdańskim środowiskiem wileńskim i wszystkimi wykorzystywanymi przez nie – pewnymi zdawałoby się dotąd lokalami. W jednym z ich, u państwa Mikołajewskich przy ulicy Wróblewskiego 7, gdzie zaledwie kilka dni temu gościli “Marek” z “Mercedesem”, Danuta Siedzikówna została w końcu aresztowana138. Towarzyszący jej podczas całej wyprawy “Czajka” ostrzeżony w porę przez jedną z Pań Mikołajewskich zdołał wydostać się z “kotła” i zamelinować u swoich “prywatnych” /nie związanych z konspiracją/ znajomych w Pruszczu Gdańskim /mając sygnały świadczące o dokładnym rozpracowaniu przez resort bezpieczeństwa siatki wileńskiej na Pomorzu postanowił wyjechać na Dolny Śląsk – w okolice Jeleniej Góry, a stamtąd do Połczyna Zdroju, aresztowano go dopiero w wyniku akcji “X” w 1948 r./139. “Wpadka” łączniczki i sanitariuszki najbardziej poszukiwanego na Pomorzu Gdańskim pododdziału 5 Brygady, była największym sukcesem miejscowych struktur UBP w walce z jednostkami podległymi mjr “Łupaszce”. Na niej też oraz aresztowanym w tych samych dniach ppor. Feliksie Selmanowiczu “Zagończyku” skupiła się agresja śledczych, mszczących się za wiele tygodni upokorzeń i strat doznanych w trakcie ponad trzymiesięcznych potyczek ze szwadronem ppor. “Żelaznego”. Pomimo zastosowania przez funkcjonariuszy gdańskiego resortu bezpieczeństwa brutalnych metod śledczych nie udało się im uzyskać od zaledwie kilkunastoletniej dziewczyny żadnych satysfakcjonujących informacji. Wobec braku jakichkolwiek możliwości wykorzystania jej do pracy agenturalnej postanowiono jak najszybciej zakończyć całą sprawę wyrokiem skazującym, zwłaszcza że przebywając dłużej w więzieniu mogła “Inka” doprowadzić do dekonspiracji “najcenniejszej” dla UBP postaci - Reginy Żelińskiej “Reginy”. Zaledwie dwa tygodnie od chwili aresztowania Danuta Siedzikówna “Inka” skazana został na mocy wyroku /3.08.1946 r./ Wojskowego Sądu Rejonowego, będącego modelowym przykładem morderstwa sądowego na karę śmierci. W niespełna cztery tygodnie później /28.08.1946 r./ rozstrzelano ją razem z ppor. “Zagończykiem” w podziemiach miejscowego więzienia śledczego140. Jeden z przymusowych uczestników tego mordu - ks. Marian Prusak - wspominał po latach - “Siedzikównę i zastępcę “Łupaszki” /sic/ przywiązano do słupów. Nie chcieli, by zawiązano im oczy. Siedzący przy nakrytym czarnym suknem stoliku prokurator Suchocki odczytał wyrok. Skazańcy krzyknęli “Niech żyje Polska !”. Suchocki zawołał: “Do zdrajców narodu ognia!”. Dwóch czy trzech żołnierzy strzeliło seriami z PPSz. Skazańcy osunęli się po słupach. Dawali jednak oznaki życia. Podbiegł oficer w mundurze wojskowym i oddał z pistoletu strzały w głowę”141 .

 

   Tymczasem 5 szwadron nie mając pojęcia o rozgrywającej się w Trójmieście kolejnej już tragedii, w spokoju oczekiwał w rejonie miejscowości Zwierzyniec na powrót “Inki” ustalony na 20-21.07.1946 r. na stacji Lipowa /jedynym świadectwem jego obecności w zachodniej części Borów Tucholskich było zatrzymanie 18.07.1946 r. w rejonie wsi Wlk. Gacno dwóch wywiadowców z posterunku milicji w Śliwicach, którzy po rozmundurowaniu zostali przez partyzantów zwolnieni/142 . Data przyjazdu sanitariuszki grupy sierż. “Leszka” znana była niestety także resortowi bezpieczeństwa /najprawdopodobniej od samej “Inki”/, który nie dysponował jednakże precyzyjną informacją o planowanym miejscu spotkania. Potwierdzał to jeden z meldunków WBW województwa pomorskiego: “Dnia 20.07.1946 r. chor. Santkiewicz otrzymał wiadomość, że na jednej ze stacji kolejowych na odcinku Gdynia - Bydgoszcz ma wysiąść jakiś osobnik - członek AK”143 . Konieczność objęcia działaniami tak znacznego obszaru zmusiła stronę komunistyczną do znacznego rozczłonkowania sił. Na terenie powiatu tucholskiego w celu zorganizowania zasadzek na stacjach Zarośle i Lipowa wydzielone zostały z 2 Samodzielnego Batalionu Operacyjnego WBW dwie podgrupy operacyjne liczące po 10 - 11 żołnierzy każda. Około godziny 11:00 jedna z nich, dowodzona przez chor. Tadeusza Santkiewicza /dowódcę WBW w powiecie tucholskim/ zajęła pozycję wokół stacji Lipowa, w oczekiwaniu na nadejście spodziewanego około 11:45 pociągu z Gdyni144 . W trakcie przeszukiwania terenu dwaj towarzyszący żołnierzom KBW wywiadowcy odkryli w lesie okalającym budynki stacyjne obecność “pięciu bandytów w angielskich mundurach i jedną kobietę /sic/ przy czyszczeniu broni”145 . Sądząc, że jest to całość sił partyzanckich dowódca podgrupy operacyjnej zdecydował się na podjęcie działań zaczepnych. Popełnił jednak kardynalny błąd nie rozpoznawszy dokładniej pobliskiego lasu146 . W okolicy stacji znajdował się bowiem nie jeden patrol, ale cały 5 szwadron - liczący wówczas około 16 ludzi. Dysponując mniejszymi, gorzej wyszkolonymi siłami pododdział 2 SBO KBW nie miał żadnych szans na odniesienie sukcesu. Udało mu się jednak zaskoczyć grupę sierż. “Leszka”, który w momencie pojawienia się żołnierzy - nie mając wcześniej dokładnych informacji o jego liczebności nie był początkowo zdecydowany na przyjęcie walki. Na wycofanie się było już jednak za późno. Dowodzący 5 szwadronem sierż. Olgierd Christa tak wspominał te wydarzenia: “W dniu jej /”Inki”/ powrotu /.../ wbrew zasadom całym szwadronem przebywaliśmy u zaprzyjaźnionych ludzi w Zwierzyńcu. Gdy nie zameldowała się po kolejnym rozkładowym przyjeździe pociągu z Gdyni, zaniepokojony postanowiłem wyjść na stację. Po drodze od ludzi powracających z kościoła dowiedziałem się, że każdorazowo przed przyjazdem pociągu stacja jest otaczana wojskiem, które legitymuje wsiadających i opuszczających pociąg. /.../ Teraz nie miałem już wątpliwości, że nastąpiło coś złego. Stacja Lipowa jest otoczona dookoła lasem, co pozwoliło na skryte podejście w jej najbliższe sąsiedztwo. /... Szwadron skupił się na małej przestrzeni. Przy drodze ze wsi Szlachta miał stanowisko nasz wartownik, Waldemar Zawadzki “Ponury”, który w pewnym momencie zaalarmował nas strzałem o posuwającej się w naszym kierunku tyralierze wojska. /.../ Jednostka KBW, jak się później okazało, otworzyła ogień. W tych warunkach wycofanie się mogło spowodować /równe straty/ jak przy przeciwuderzeniu, na co się zdecydowałem. Mercedes i Henryk Ejsymont “Kartusz” strzelali już długimi seriami z karabinów maszynowych, co wykorzystałem rozsypując oddział w tyralierę i nakazałem prowadząc ogień uderzyć do przodu. /.../ Sądzę, że nie spodziewali się z naszej strony intensywnego ognia. Kryli się po przeciwnej stronie piaszczystej drogi za pniami młodych sosenek, nie dających im praktycznie żadnej osłony. Przebiegając drogę, kątem oka zauważyłem “Zabawę” i “Marka” biegnących na czele drużyn. Za chwilę pierwszy został ranny w nogę. Po przekroczeniu drogi z odległości około 30 metrów klęcząc, strzelałem z MP do leżących naprzeciw żołnierzy KBW. Widziałem ich oficera, który z pistoletu wyraźnie strzelał do mnie. /.../ Skierowałem ogień na niego i w tym momencie poczułem uderzenie pod pachą z lewej strony. Dowództwo przejął “Okoń”. /.../ Wokół drzew leżeli ranni oraz zabici. Wśród nich równy mi stopniem, a chyba i wiekiem dowodzący. W pobliżu stało kilkunastu żołnierzy, którym zabrano pepesze /.../. Byli w szoku. Pogłębił go rozkaz “Okonia”, by zdejmowali buty. Nie znali przecież naszych obyczajów i potrzeb, gdy kazał im odmaszerować, mówili, że liczyli się z rozstrzelaniem”147 . W wyniku bardzo intensywnej wymiany ognia podgrupa operacyjna została całkowicie rozbita. W ręce partyzantów wileńskim dostało się w sumie czterech żołnierzy KBW, w tym dwóch rannych - chor. T. Santkiewicz oraz kpr. J. Niemir. Obydwaj, co było w 5 Brygadzie zjawiskiem nowym /prawdopodobnie z powodu dotkliwych strat własnych/ zostali dobici przez partyzantów wileńskich148 . Pomimo stosunkowo łatwego sukcesu, 5 szwadron zdecydowanie nie mógł uznać tej potyczki za udaną. Pierwszy raz w historii swoich działań bojowych, dysponując wyjątkowo przewagą liczebną poniósł on w bezpośredniej walce tak duże straty. Rannych zostało w sumie dwóch kluczowych członków z jego podstawowego składu: dowódca pododdziału - sierż. “Leszek” oraz dowódca I drużyny - kpr. “Zabawa”149 . Zwłaszcza stan postrzelonego w płuco Olgierda Christy budził spory niepokój. Co chwila tracił on przytomność znacząco opóźniając tempo odwrotu. Tymczasem czas naglił. Zbiegli z pobojowiska żołnierze KBW bardzo szybko powiadomili bowiem o starciu swoje bezpośrednie dowództwo oraz resort bezpieczeństwa. W niespełna godzinę później na stacji Lipowa zjawiły się dwie pierwsze kilkunastoosobowe podgrupy operacyjne z 2 SBO KBW /działające dotychczas w rejonie stacji kolejowej Szyszkowo pow. Chojnice oraz stacji Zarośle powiat Tuchola/, które rozpoczęły pościg za wycofującymi się partyzantami. Wkrótce dołączyły do nich: grupa operacyjna KW MO z Bydgoszczy oraz dodatkowy pododdział WBW woj. pomorskiego pod dowództwem kpt. Łutowicza150

 

 

 

Fragment 4 rozdziału pracy doktorskiej Tomasza Łabuszewskiego poświęconego działalności 5 Brygady Wileńskiej AK na Pomorzu, Warmii i Mazurach 1945-1947.

 

(134) Według wersji podanej w śledztwie przez Olgierda Christę “Leszka” zadaniem Henryka Kazimierczaka “Czajki” podczas wyprawy z “Inką” miało być rzekomo wywołanie filmów zrobionych podczas działalności szwadronu, przywiezienie fotografii członków najbliższej rodziny “Leszka” oraz jego znajomej zamieszkałej w Ustce. Jak się wydaje podstawowym zadaniem “Czajki” była jednak ochrona “Inki” w czasie wykonywania niezwykle istotnego z punktu widzenia przyszłości oddziału zadania. Protokół przesłuchania Olgierda Christy “Leszka” z 7.10.1948 r., dz.cyt. Wybór Malborka jako pierwszego celu podróży łatwo mógł okazać się zgubny w skutkach. Zaledwie 9 dni wcześniej właśnie w tym mieście trzech członków grupy BOA /Edward Kukotko vel Edward Stefanowicz “Wrzos”, Wacław Kasprzycki “Orzeł” oraz Konstanty Wojciechowski “Ryś”/, przeprowadziło bowiem akcję ekspropriacyjną, konfiskując w spółdzielni “Rolnik” w sumie 118 tys. zł. Działania te wpłynęły wyraźnie na zwiększenie zainteresowania resortu bezpieczeństwa mieszkającymi w mieście rezydentami siatki wileńskiej. “Jak wynika z naszego wywiadu i śledztwa, iż napad ten dokonany przez członków bandy “Łupaszki, przy pomocy tej części bandy, którzy są w Malborku przy ulicy Rodziewiczównej nr 9. Dwóch spod tego numeru pracuje w “Rolniku”, tj. Makarewicz Władysław i Bielewicz Stanisław, obaj z Wołkowyska”. Raport  specjalny kierownika Referatu III-go w PUBP w Malborku J. Salomona z 12.07.1946 r. do Wydz. III-go WUBP w Gdańsku /b.podp./, Akta WSR w Warszawie, Archiwum miasta stołecznego Warszawy, sygn. 1154/50. Protokół przesłuchania Stefana Pabisia “Stefana” z 19.05.1948 r., Archiwum DUOP w Bydgoszczy. Protokół przesłuchania Stefana Pabisia “Stefana” z 25.02.1948 r., Akta WSR w Olsztynie, Archiwum Sądu Wojewódzkiego w Olsztynie, sygn. 115/50. Akt oskarżenia przeciwko Stefanowi Pabisiowi “Stefanowi” przygotowany przez WUBP w Olsztynie /b.d./, Akta WSR w Olsztynie, Archiwum Sądu Wojewódzkiego w Olsztynie, sygn. 115/50.

Protokół przesłuchania Danuty Siedzikówny “Inki” z 29.07.1946 r., dz.cyt.

 

137 Tamże.

 

138 Jak się wydaje lokal przy ulicy Wróblewskiego 7 już od pewnego czasu znany był gdańskiemu resortowi bezpieczeństwa, który z uwagi na planowane działania operacyjne nie decydował się na razie na jego “zwinięcie”. Podobnie jak to miało miejsce na początku lipca 1946 r. w Olsztynie, także i tym razem sygnał dotyczący obecności w ww. “melinie” organizacji wileńskiej interesujących UBP osób przekazała Regina Żelińska “Regina”. Własnoręczne zeznanie Reginy Żelińskiej “Reginy” /b.d./, Archiwum DUOP w Szczecinie.

 

139 Akt oskarżenia przeciwko Henrykowi Kazimierczakowi “Czajce” i innym /b.d./, dz.cyt.

 

140 Wyrok WSR w Gdańsku w sprawie przeciwko Danucie Siedzikównie  “Ince” wydany 3.08.1946 r. przez przewodniczącego składu sędziowskiego mjr Adama Gajewskiego. Protokół wykonania wyroku śmierci na Danucie Siedzikównie “Ince” z 28.08.1946 r. /w obecności prokuratora mjr Wiktora Suchockiego, lekarza Mieczysława Rulkowskiego, naczelnika więzienia Jana Wójcika, ks. Mariana Prusa oraz dowódcy plutonu egzekucyjnego - ppor. Franciszka Sawickiego/, Akta WSR w Gdańsku, Archiwum Sądu Wojewódzkiego w Gdańsku, sygn. 83/46.

 

141 Jerzy Morawski, Lepiej, że ja jedna zginę, Rzeczpospolita, nr 257(5727) z 3.11.2000 r.

 

142 W meldunku zwiadowczym WBW województwa pomorskiego odnotowano: “W dniu 18.07.1946 r. banda “Łupaszki” w sile 17-tu ludzi zatrzymała koło wsi Duże Gacno, powiat Świecie 2-ch funkcjonariuszy MO Świecie, którzy przeprowadzali wywiad. Bandyci zabrali ich ze sobą do lasu, gdzie sterroryzowali ich, poczem zabrali im buty i spodnie, na które wydali pokwitowanie z podpisem grupa AK “Leszek”, ppor.”. Meldunek zwiadowczy nr 43 szefa Wydziału Wywiadowczo - Śledczego WBW województwa pomorskiego por. Słabickiego z 10.09.1946 r., dz.cyt. Wykaz napadów band w województwie pomorskim za okres od 25.07. do 25.08.1946 r., dz.cyt.

 

143 Miesięczne sprawozdanie operacyjne WBW województwa pomorskiego za miesiąc lipiec 1946 r. z 5.08.1946 r., dz.cyt.

 

144 Meldunek zwiadowczy nr 40 szefa Oddziału Wywiadowczo - Śledczego por. Słabickiego za okres od 19.07. do 23.07.1946 r. z 25.07.1946 r. Niewielka liczebność grupy operacyjnej WBW wynikała przede wszystkim z błędnego rozpoznania całej operacji. Zakładała ona jedynie zatrzymanie łącznika 5 Brygady, nie przewidując w ogóle obecności jakiegokolwiek ubezpieczenia ze strony któregokolwiek z oddziałów leśnych.

 

145 Tamże.

 

146 Jeden z wywiadowców ostrzegał dowódcę podgrupy operacyjnej WBW przed zbyt pochopnym rozpoczęciem walki. Ten jednak całkowicie zlekceważył jego opinię, podejmując decyzję o akcji zaczepnej: “Chorąży Santkiewicz zebrał ludzi, pouczył żołnierzy co do walki z bandą i ruszył w stronę bandy. Wywiadowca nasz oznajmił dowódcy grupy, że to jest banda mjra “Łupaszki” w sile około 30 ludzi. Dowódca jednak oświadczył, że może ich być 40-tu, to sobie z nimi da radę. Grupa naszła na odległość około 50-ciu metrów, otworzyła ogień i rozpoczęła natarcie. Grupa nasza uzbrojona była w 1 RKM, 4 PPSza, 4 kbk i 3 pistolety”, tamże. Według raportu szefa PUBP w Tucholi por. Szwagierczaka “wymiana ognia - pomiędzy 5 szwadronem a podgrupą operacyjną - trwała 3 kwadranse , w czasie walki został postrzelony, ppor. Santkiewicz, kpr. drużyny i trzech żołnierzy, reszta pozostałych z braku amunicji zdążyli uciec, w czasie ucieczki zostali schwytani 3 żołnierzy /sic/, którzy przez bandę zostali rozbrojeni. /.../ Po rozbiciu grupy Santkiewicza , kpr. u bandy rannego ppor. Santkiewicza i kpr. z MP dobił, powiadając, że to są polityczni”, kopia w zbiorach autora.

 

147 Olgierd Christa, “U “Szczerbca i “Łupaszki”, dz.cyt. str. 220, także: Protokół przesłuchania Olgierda Christy “Leszka” z 8.10.1948 r., dz.cyt.

 

148 Sprawa dobicia rannych, niezwykła jeśli chodzi o traktowanie jeńców przez “pomorskie” szwadrony 5 Brygady, spowodowana była najprawdopodobniej zachowaniem kpr. J. Niemiry, który jak wynika z cytowanego już meldunku zwiadowczego WBW “leżąc lekko ranny znalazł ostatni nabój, którym zranił nadbiegającego bandytę”. Pośrednio wersję tę potwierdza sposób potraktowania przez 5 szwadron dwóch pozostałych jeńców /kpr. Sobkowiaka i szer. Araśniewicza/, których zwyczajowo, po rozmundurowaniu zwolniono. W sumie w wyniku starcia na stacji Lipowa grupa operacyjna WBW straciła: 2 zabitych, 2 rannych, “3 PPSze, 1 pistolet TT, 8 granatów zaczepnych, 6 dysków pustych oraz dwie pary trzewików, które bandyci ściągnęli z nóg wziętym do niewoli żołnierzom”. Straty oddziału wileńskiego ocenione zostały przesadnie na : 3 ciężko rannych i 3 lekko rannych,  tamże.

 

149 Olgierd Christa, “U “Szczerbca i “Łupaszki”, dz.cyt. str. 220. Oświadczenie ujawnieniowe Olgierda Christy “Leszka” z 19.04.1947 r., dz.cyt. Protokół przesłuchania Olgierda Christy “Leszka” z 8.10.1948 r., dz.cyt. Protokół przesłuchania Henryka Urbanowicza “Zabawy” /b.d./, dz.cyt.

 

150 Miesięczne sprawozdanie operacyjne WBW województwa pomorskiego za miesiąc lipiec 1946 r. z 5.08.1946 r., dz.cyt.

 

 

 

Młode, dzielne życie ─ Danuta Siedzik ps. "Inka" (1928-1946)

 

 

           Agresja niemiecka, a krótko później sowiecka na Polskę zmieniła życie kilkudziesięciu milionów obywateli II Rzeczypospolitej.  Wojna stała się udziałem kolejnego pokolenia młodych ludzi, ukształtowanych w Polsce odrodzonej. O wojnie, walce, poświęceniu dla kraju i narodu uczono ich w szkole. Słyszeli o niej od krewnych, weteranów walk o niepodległość podczas rodzinnych spotkań, licznych uroczystości patriotycznych, działając w organizacjach młodzieżowych i w kościele. W 1939 r. i kolejnych latach przyszło im zmierzyć się z wyzwaniami, dramatami i wyborami, których charakteru jednak nie mogli sobie wyobrazić. Dziesiątki tysięcy z nich zdało egzamin, przed którym postawiło ich życie.

 

            Przedstawicielką pokolenia młodych ludzi ukształtowanych w atmosferze afirmacji niepodległości i dumy z własnego państwa była Danuta Siedzik córka Wacława i Eugenii z Tymińskich. Urodziła się 3 września 1928 r. we wsi Guszczewino w powiecie bielskim na Podlasiu. Jej ojciec był leśniczym. Podczas studiów na politechnice w Petersburgu zaangażował się w działalność antycarską, za co trafił na zesłanie. Do wolnej już Polski wrócił dopiero w 1926 r. Wkrótce wziął ślub z Eugenią. W następnym roku przyszła na świat ich pierwsza córka Wiesława, rok później Danuta, a w 1931 r. Irena. Cała rodzina mieszkała w leśniczówce Olchówka koło Narewki. Dom był przepełniony tradycją patriotyczną. Dbali o to rodzice i dziadkowie.

 

Jako że miejscowość, w której żyła rodzina Siedzików znalazł się po 17 września 1939 r. pod okupacją sowiecką pierwszym bolesnym doświadczeniem były represje ze strony bolszewików. 10 lutego 1940 r. aresztowali oni Wacława. Przeżył gehennę śledztwa i katorżniczej pracy w kopalni złota. Po tym, jak premier Władysław Sikorski zawarł 30 lipca 1941 r. układ sojuszniczy z rządem sowieckim dziesiątki tysięcy polskich obywateli zwolniono z obozów i więzień. Był wśród nich również Wacław Siedzik. Zdołał dotrzeć do punktu formowania jednostek polskich w ZSRS. Po kilku miesiącach opuścił „nieludzką ziemię” wraz z pierwszymi transportami przenoszącymi wojsko i ludność cywilną do Persji. Niestety lata zesłania wycieńczyły organizm. Zmarł w Teheranie w czerwcu 1943 r. O tym wszystkim rodzina dowiedziała się dopiero po wojnie.  

 

Po aresztowaniu męża Eugenia wraz z córkami została zmuszona do opuszczenia leśniczówki. W kwietniu 1940 r. osiedliła się w Narewce. Tam zastała je inwazja niemiecka na ZSRS. Eugenia zaangażowała się w działalność Armii Krajowej. Doniesiono o tym do Gestapo. Została aresztowana w 1943 r. Podczas śledztwa poddano ją torturom. Zachorowała na tyfus i znalazła się w więziennym szpitalu. We wrześniu 1943 r. została rozstrzelana w nieznanym miejscu w lesie koło Białegostoku W wieku zaledwie kilkunastu lat dziewczynki zostały sierotami. Opiekę nad nimi roztoczyła rodzina.

 

Wiesława i Danuta wstąpiły w grudniu 1943 r. do Armii Krajowej. Kilkanaście miesięcy później skierowano je na kurs dla sanitariuszek. Działały w siatce konspiracyjnej AK kierowanej przez leśniczego Stanisława Wołoncieja ps. „Konus” z Narewki. Jeszcze w październiku 1944 r. w wieku zaledwie 16 lat Danka podjęła pracę jako kancelistka w nadleśnictwie w Narewce. Mijały kolejne miesiące wypełnione pracą i konspiracją.  

 

            Wyparcie wojsk niemieckich z terenu Polski nie oznaczało odzyskania niepodległości. Zmierzając do stworzenia na jej terenie zależnego państwa o nowym ustroju Sowieci przystąpili do unicestwiania osób i środowisk nie zgadzających się z nowym stanem rzeczy. Wsparcia udzielali im komuniści, którzy działali w strukturach politycznych oraz zbrojnych podległych Moskwie przed 1945 r. To oni mieli stanowić trzon kadr nowego państwa. Stosunkowo szybko pozyskali tysiące karierowiczów, którzy przylgnęli do partii władzy ─ Polskiej Partii Robotniczej. Skala i natężenie terroru wymierzonego w środowiska antysowieckie i  niepodległościowe zadziałała dwojako. Większość społeczeństwa po hekatombie II wojny światowej przyjęła strategię przetrwania w nowych warunkach ustrojowych. Swoją negację wobec nowego reżimu okazując przede wszystkim poprzez poparcie dla legalnych partii opozycyjnych. Z drugiej strony kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy podziemia pozostało w konspiracji, zachowując gotowość bojową. Nie mogli się pogodzić z samowolą i bezkarnością sił sowieckich stacjonujących w Polsce i nie uznawali władzy marionetkowego rządu komunistycznego. Wydawało się że nadal istnieje szansa na odzyskanie suwerenności.

 

Do podziemnej armii należała 5 Wileńska Brygada Armii Krajowej (nazywana też niekiedy Brygadą Śmierci)  dowodzona przez zawodowego przedwojennego oficera mjr. Zygmunta Szendzielarza ps. "Łupaszko". Brygada walczyła na Wileńszczyźnie najpierw z Niemcami i nacjonalistami litewskimi, później z Sowietami. W lipcu 1944 r. dowódca zdecydował o przeprowadzeniu pozostałych sił na teren Polski, objętych nowymi  granicami. W ten sposób oddziały pojawiły się już późnym latem tego roku na Podlasiu, gdzie walczyły również inne oddziały żołnierzy niezłomnych.

 

Danuta Siedzikówna dołączyła do brygady w maju 1945 r. Doszło do tego w dramatycznych okolicznościach. Wcześniej UBP dokonał aresztowania wszystkich pracowników nadleśnictwa w Narewce pod zarzutem współpracy z podziemiem niepodległościowym. Gdy przewożono ich do Białegostoku, w pobliżu Hajnówki, konwój zaatakowali żołnierze z patrolu podległego „Konusowi”. Świadkiem tego wydarzenia była najmłodsza z sióstr Siedzik - Irena. Nie mając nic do stracenia Danuta dołączyła do oddziału 5 Wileńskiej Brygady AK.  Została sanitariuszką w szwadronie dowodzonym przez por. Mariana Plucińskiego ps. "Mścisława". W konspiracji przyjęła pseudonim „Inka”, który nawiązywał do imienia jej serdecznej przyjaciółki.

 

Po kilku miesiącach mjr Szendzielarz wydał rozkaz rozformowania zgrupowania. Ostatnia koncentracja wszystkich sił miała miejsce 7 września 1945 r. w gajówce Stoczek leżącej na terenie gminy Poświątne. Tylko nieliczni żołnierze pozostali w lesie. „Inka” należała do tych, którzy musieli powrócić do legalnego życia. Podjęła naukę w gimnazjum w Nierośnie w gminie Dąbrowa Białostocka. Później w jej dokumentach znalazł się zapis, iż ukończyła dwie klasy gimnazjum. Nie zdecydowała się na ujawnienie swoich związków z konspiracją przed organami władz komunistycznych po amnestii ogłoszonej przez Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej w sierpniu 1945 r. Jednak obawiała się zdemaskowania przez UB i dlatego skorzystała z pomocy ojca chrzestnego z zawodu leśniczego Stefana Obuchowicza, który znalazł jej pracę w nadleśnictwie Miłomłyn koło Ostródy. Podjęła ją w styczniu 1946 r. Legitymowała się zaświadczeniem wydanym ponoć przez Zarząd Miejski w Białymstoku, zgodnie z którym nazywała się Danuta Ina Zalewska, urodzona 3 września 1928 r. w Wołkowysku. W dokumencie zapisano, że w końcowym okresie wojny przebywała na robotach przymusowych w Prusach, skąd powróciła w 1945 r. Jak widać zachowano część prawdziwych danych Siedzikówny, w tym imię i datę urodzenia.

 

Praca w Miłomłynie nie trwała długo, bo już w końcu lutego „Inka” odnowiła kontakt z oddziałem, który w międzyczasie zaczął przerzucać swoje siły na teren woj. olsztyńskiego. Pojawił się też plan, aby zainicjować działania partyzanckie na terenie woj. gdańskiego, co było niezwykle śmiałym zamierzeniem, uwzględniając nieznajomość terenu i ludzi. Oparcie dla konspiratorów mieli tworzyć repatrianci z Kresów północno-wschodnich, przybywający na ten teren od wiosny 1945 r. Uwzględniano również wykorzystanie portów morskich jako kanałów komunikacji z polskimi wychodźstwem niepodległościowym na Zachodzie.  

 

            W dużych miastach województwa gdańskiego występował w pierwszych latach po zakończeniu wojny proces masowej wymiany ludności. Wysiedlano Niemców. Ich miejsce zajmowali Polacy przybywający z innych regionów powojennej Polski i obszarów II Rzeczypospolitej przyłączonych do Związku Sowieckiego. Pojawienie się dziesiątków tysięcy osób na terenie Pomorza Gdańskiego, Pomorza Zachodniego, Warmii i Mazur stanowiło korzystną okoliczność dla tych, których musieli opuścić strony, w których byli znani. Dzięki temu w Gdańsku i Sopocie oraz w miastach powiatowych mogli się osiedlić niepodległościowi konspiratorzy. Niektórzy z nich zakończyli działalność i próbowali rozpocząć cywilne życie, inni kontynuowali walkę. W 1945 r. na miejscu pojawili się ludzie związani z 5 Wileńską Brygadą AK. Zakładali sieć punktów kontaktowych, które miały być punktem oparcia dla oddziału.

 

            Na terenach wiejskich Pomorza Gdańskiego zmiany ludnościowe nie przyjęły tak radykalnych rozmiarów jak w miastach. Wprawdzie i stąd wysiedlano Niemców, jednak gros ludności stanowili Polacy. Problem dla żołnierzy z Armii Krajowej stanowiło to, że wcześniej ich formacja nie miała masowego oparcia na tutejszym terenie. Najważniejszą organizacją konspiracji antyniemieckiej na Pomorzu Nadwiślańskim była Tajna Organizacja Wojskowa "Gryf Pomorski". To ona posiadała stosunkowo gęstą strukturę organizacyjną a w latach 1942-1945 także leśne grupy zbrojnej konspiracji. "Gryf Pomorski" zakończył jednak działalność w marcu 1945 r. Jego dowódcy uznali dalszą walkę za niemożliwą. Jeden z nich wezwał żołnierzy, aby włączyli się do odbudowy kraju.

 

            Paradoksalnie okolicznością sprzyjającą ludziom pragnącym prowadzić na Pomorzu walkę z Sowietami i reżimem komunistycznym było zachowanie żołnierzy Armii Czerwonej, NKWD i przedstawicieli rządu warszawskiego, w tym przede wszystkim funkcjonariuszy urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i działaczy PPR. Czerwonoarmiści zachowywali się jak zdobywcy na podbitym terenie. Nie tylko w okresie walk frontowym, ale i przez wiele następnych miesięcy dopuszczali się przestępstw na szkodę ludności cywilnej. I to nie tylko mniejszości niemieckiej, również na szkodę dominujących liczebnie miejscowych Polaków. Gwałty, rabunki, a nawet zabójstwa były na porządku dziennym. Część przedstawicieli nowego reżimu, nie znających realiów okupacji niemieckiej na terenach wcielonych do Rzeszy Niemieckiej, traktowała Polaków wpisanych na Niemiecką Listę Narodowościową jak znienawidzonych folksdojczów, renegatów, którzy na innych terenach jako osoby niemieckiego pochodzenia pomagały okupantom. W raportach powiatowych komendantów UBP z początków nowej władzy Kaszubów i Kociewiaków niejednokrotnie nazywano Niemcami, w innym znów miejscu tubylcami. Z definicji traktowano ich jako grupy nie zasługujące na zaufanie. Funkcjonariusze dopuszczali się nadużyć. Nie zjednywali sobie sympatii ludności.  

 

            Pierwszym etapem organizowania nowych struktur AK na Pomorzu było przeniesienie tu w październiku 1945 r. sztabu Wileńskiego Okręgu AK. Po kilku tygodniach na Wybrzeże trafili żołnierze 5 Wileńskiej Brygady AK i ich dowódca. Gdy żołnierze mjr. Szendzielarza przybyli na teren woj. gdańskiego byli na tym terenie jedynym oddziałem partyzanckim. Nie było ich wielu. Pod bronią stało od 40 do 60 partyzantów. Aby się utrzymać musieli pozyskać zaufanie miejscowej ludności, przekonać ją, że działają na rzecz niepodległości kraju. Było to niezbędne dla uzyskania bezpiecznych kryjówek i informacji pomocnych w prowadzeniu walki i niezbędnych dla uniknięcia obław organizowanych przez polską i sowiecką bezpiekę. Nie było to bynajmniej łatwe. Miejscowa ludność była początkowo nieufna wobec obcych. Obawiała się prowokacji. A jednak w okresie pół roku, gdy szwadrony mjr. "Łupaszko" operowały na terenie południowych Kaszub, Kociewia i Powiśla uzyskały one stałe lub okresowe wsparcie około dwustu osób wywodzących się z grona rolników, pracowników służby leśnej i Polskich Kolei Państwowych.   

 

            "Inka" dołączyła ponownie do oddziału na początku marca 1946 r. Dostała przydział do szwadronu dowodzonego przez Zdzisława Badochę ps. "Żelazny". Powierzono jej obowiązki sanitariuszki.  Szwadrony mjr. "Łupaszko" prowadziły niezwykle śmiałą działalność na terenie woj. gdańskiego. Były bardzo mobilne. Od lutego 1946 r., wykorzystując niekiedy rekwirowane samochody wojskowe, przemieszczały się między miejscowościami i powiatami, dokonując akcji wymierzonych w UB, NKWD. Żołnierze rozbrajali posterunki Milicji Obywatelskiej, karząc tych funkcjonariuszy, o których wiedziano, że wysługując się reżimowi działali na szkodę lokalnej ludność. Innym milicjantom nie czyniono krzywdy. Karano chłostą nadgorliwych członków PPR i donosicieli. Ludność informowano o prawdziwych celach i naturze obecności Sowietów w Polsce i charakterze reżimu komunistycznego. Środki na opłacenie zakupu żywności i innych produktów niezbędnych do codziennego życia zdobywano w toku akcji ekspropriacyjnych. Podkomendni "Łupaszki" działali w stosunkowo niewielkich grupach, liczących przeciętnie około 20 żołnierzy. Nosiły nazwę szwadronów. Dowodzili nimi młodzi dowódcy: Zdzisław Badocha ps. "Żelazny", Olgierd Christa ps. "Leszek" i  Leon Smoleński ps. "Zeus". Odrębne zadania wykonywała grupa dowodzona przez Feliksa Salmanowicza ps. „Zagończyk”.

 

            W szeregach szwadronu "Żelaznego" Siedzikówna uczestniczyła m.in. w akcji pociągowej na stacji Tlen w powiecie świeckim przeprowadzonej 4 maja 1946 r. Następnie szwadron przeszedł na teren powiatu Tuchola. Najbardziej spektakularna akcja miała miejsce 19 maja, kiedy szwadron jednego dnia rozbroił załogi siedmiu posterunków MO i dwóch placówek UB na terenie powiatu kościerskiego i starogardzkiego. 23 maja pod wsią Podjazdy w powiecie kościerskim doszło do starcia szwadronu z oddziałem MO. Zginął tam jeden milicjant i jeden ubowiec. Trzech milicjantów zostało rannych. Jeden z nich oskarżał później Siedzikównę o to, że strzeliła do niego z pistoletu, zabierając następnie część wyposażenia wojskowego. Z kolei 10 czerwca wraz ze szwadronem brała udział w potyczce koło wsi Tulice w powiecie sztumskim. W trakcie walki został ranny "Żelazny". Po złamaniu oporu milicjantów i UB, na rozkaz por. Olgierda Christy "Leszka", partyzanci rozstrzelali dwóch funkcjonariuszy UB. Później zdarzenie to zostanie wykorzystane przeciwko "Ince". Jedną z ostatnich akcji z jej udziałem jako sanitariuszki szwadronu "Żelaznego" była zasadzka na stacji kolejowej Bąk w powiecie czerskim 24 czerwca. Partyzanci zatrzymali tam pociąg relacji Gdynia-Katowice, szukając Sowietów. Zatrzymano ich pięciu. Zostali zastrzeleni. "Inka" dostała rozkaz pilnowania obsługi stacji, aby nie próbowała wysłać sygnału ostrzegawczego do milicji lub UB.  Od początku maja miała na wyposażeniu pistolet Mauser kaliber 6,35, które przydzielono jej na rozkaz "Żelaznego".

 

            W trakcie działań na Pomorzu sympatią "Inki" w oddziale był żołnierz o pseudonimie Henryk Wojczyński ps. "Mercedes" jeden z nielicznych żołnierzy mających prawo jazdy. Cenną umiejętność prowadzenia samochodu wykorzystywano w trakcie przerzucania oddziału w kolejne miejsca zakwaterowania i na kolejne akcje.

 

            Niezwykle ważną funkcję pełniły łączniczki, przenoszące rozkazy, dzięki którym koordynowano działania poszczególnych szwadronów. Można sobie wyobrazić, jak trudne było to zadanie dla osób nie znających wcześniej Pomorza Nadwiślańskiego. Kaszubi mówiący własnym językiem i Kociewiacy, mający własny dialekt, z którymi kontaktowały się łączniczki z innych obszarów Polski, bez trudu orientowali się że mają do czynienia z osobami przybyłymi z innych regionów Polski. "Inka" radziła sobie z tymi codziennymi problemami. Wykonując rozkazy przełożonych docierała do wskazanych miejsc i ludzi.

 

            Ostatnią misją "Inki" była podróż do Malborka i Olsztyna. Zlecił ją por. "Leszek", zastępca "Żelaznego". Sam "Żelazny" już wtedy nie żył. Sanitariuszka miała zdobyć lekarstwa niezbędne dla oddziału. 13 lipca wyruszyła do Gdańska. Mieszkało tam kilka znanych osób, w tym bliscy krewni: siostra Irena i wujek Bruno Tymiński, studiujący na Politechnice Gdańskiej. „Inka” zatrzymała się w mieszkaniu sióstr Mikołajewskich w Gdańsku-Wrzeszczu przy ul. Wróblewskiego 7. Siostry Mikołajewskie pochodziły z Wilna. Wieczór i noc z 19 na 20 lipca przebiegło w radosnej atmosferze, wypełnionej rozmowami i śpiewaniem piosenek. Dom był jednak pod obserwacją. Nad ranem do mieszkania wkroczyli funkcjonariusze UBP. Aresztowali „Inkę”. Nie byłoby to najpewniej możliwe, gdyby nie zdrada innej sanitariuszki-łączniczki Reginy Żychlińskiej-Modras. Regina została zatrzymana wcześniej i poszła na współpracę z bezpieką, składając obszerne zeznania na temat oddziału i wydając wiele osób.

 

            Zachowało się postanowienie o osadzeniu Iny Zalewskiej w gdańskim więzieniu karno-śledczym sporządzone 20 lipca przez prokuratora dr. praw kpt. Adolfa Brunickiego. W dokumentach z 31 lipca wymieniono już prawdziwe nazwisko "Inki".

 

            Śledczy z Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Gdańsku chcieli od Siedzikówny uzyskać wszystkie informacje na temat działalności oddziału mjr. "Łupaszko" i osób, które im pomagały. W tym celu była zastraszana, torturowana i poniżana. Wiemy o tym, dzięki osobom, które zetknęły się z nią w gdańskim więzieniu.

 

            Już jedenastego dnia po aresztowaniu Andrzej Stawicki oficer śledczy WUBP w Gdańsku sporządził akt oskarżenia. 31 lipca wnioskował o skazanie "Inki" na karę śmierci w oparciu o art.4, par.1 Dekretu KRN z 13 czerwca 1946 r. Sprawę miała rozstrzygnąć Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku. Do głównych zarzutów należały: rzekomy atak z użyciem broni palnej na milicjanta Longina Ratajczaka podczas potyczki kolo wsi Podjazdy i zachęcanie do zabicia funkcjonariuszy UB w czasie akcji w Tulicach. Innym zarzutem było posiadanie broni bez zezwolenia.

 

            O metodach stosowanych przez reżim w tamtym okresie świadczy pośrednio treść pisma Józefa Bika Naczelnika Wydziału Śledczego WUBP w Gdańsku z 2 sierpnia 1946 r., skierowanego do Wojskowego Prokuratora Rejonowego w Sopocie, w którym wnioskuje on o zastosowanie trybu doraźnego:

 

            "[...] Proszę jednocześnie o uzgodnienie z Prezesem Sądu terminu wyznaczenia rozprawy na dzień 3.08.1946 r. w związku z tym, iż świadkowie zostali wezwani na rozprawę za pomocą telefonogramów, na powyższą datę".

 

            Zwracają uwagę daty sporządzenia pisma i wyznaczonej rozprawy oraz pozycja bezpieki, która narzucała sądowi tryb postępowania w sprawie. Nie wzbudziło to zastrzeżeń sędziów. Posiedzenie WSR w sprawie Danuty Siedzikówny odbyło się w dniu wskazanym przez oficera WUBP. Rozpoczęło się o godzinie 16.00. Składowi sędziowskiemu przewodniczył mjr Adam Gajewski. Obok zasiadali asesor WSR kpt. Karzimierz Władysław  Nizio-Narski i ławnik kapral Wacław Machola. Jako prokurator występował chorąży Wacław Krzyżanowski. Funkcję obrońcy z urzędu pełnił mecenas Jan Chmielewski.

 

            Na pierwszej i jak się okazało jedynej rozprawie sędzia odczytał akt oskarżenia przygotowany w WUBP. "Inka" nie miała możliwości wcześniejszego zapoznania się z tym dokumentem. Nie przyznała się do zarzucanych jej czynów polegających na strzelaniu do milicjanta i podżeganiu do zabicia funkcjonariuszy UB. Następnie odczytano zeznania nieobecnych świadków oskarżenia oraz wysłuchano tych, którzy przybyli. Niemal wszyscy złożyli obciążające ją zeznania. Ona sama nie zaprzeczała, że należała do oddziału i przez kilka tygodni dysponowała bronią, na którą nie miała pozwolenia. Pytania zadawane przez adwokata sugerują, że próbował budować linię obrony na stwierdzeniu, że jego klientka przystąpiła do oddziału pod przymusem, nie miała przeszkolenia wojskowego i nie uczestniczyła w działaniach zbrojnych. Sama Siedzikówna przyznała się do tylko jednego działania militarnego, gdy kontrolowała pomieszczenie telegrafu na stacji w miejscowości Bąk.

 

            Po złożeniu i odczytaniu zeznań przez świadków oskarżenia prokurator wystąpił z wnioskiem o uznanie zarzuconych czynów za udowodnione i wydanie wyroku śmierci. Wszystkie opisane czynności procesowe trwały zaledwie dwie godziny. O godzinie 18.00 sąd udał się na naradę. Pół godziny później ogłosił wyrok. Był zgodny z wnioskiem oskarżenia. Jak wskazuje historyk, "Inkę" skazano na "karę śmierci, utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze oraz przepadek mienia na rzecz Skarby Państwa". Rozprawa zakończyła się o 18.45. Tm samym krótkie śledztwo i jedno posiedzenie sądu wystarczyło, aby niepełnoletnią osobę uznać winną czynów, do których ─ poza jednym ─ się nie przyznała. Trzeba podkreślić, że Danuta Siedzikówna była jedyną kobietą skazaną na śmierć przez gdański WSR. Przyczyny tak zapiekłej nienawiści stalinowskich zabójców sądowych nie są znane.

 

            Obrońca z urzędu zwrócił się do Prezydenta Krajowej Rady Narodowej Bolesława Bieruta o skorzystanie z przysługującego mu prawa łaski. W liście wskazano na niepełnoletność skazanej, na to, że jest sierotą, a ponadto, że do pozostawania w oddziale miał ją nakłonić narzeczony. Na prośbie brak podpisu skazanej. 19 sierpnia Bierut odpowiedział odmownie. Skazana czekała na wykonanie wyroku w więzieniu karno-śledczym przy ul. Kurkowej zlokalizowanym na tyłach Wojewódzkiego Sądu Okręgowego w Gdańsku.

 

Do krewnych dotarł gryps, w którym Danuta napisała: „Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”.

 

            Po tym, jak do Gdańska nadeszła informacja o negatywnej decyzji Bieruta zapadła decyzja o wykonaniu wyroku w dniu 28 sierpnia 1946 r. Danuta Siedzikówna nie była jeszcze wtedy osobą pełnoletnią. Ostatnie chwile jej życia znamy dzięki relacji ks. Mariana Prusaka. Kapłan został wezwany, aby udzielić jej ostatniego namaszczenia. Siedzikówna nie zginęła sama. Wraz z nią został zamordowany inny żołnierz niezłomny Feliks Selmanowicz ps. "Zagończyk". Był to przedwojenny żołnierz zawodowy, uczestnik kampanii wrześniowej, który całą okupację służył w oddziałach polskiej konspiracji niepodległościowej.

 

            Oboje skazańców sprowadzono do piwnic wspomnianego więzienia karno-śledczego. Byli tam obecni prokurator mjr Wiktor Suchocki, lekarz kpt. Mieczysław Rulkowski. Wyrok miało wykonać kilku żołnierzy uzbrojonych w pistolety maszynowe. Dowodził nimi ppor. Franciszek Sawicki. Za plutonem egzekucyjnym stało kilku funkcjonariuszy UB, którzy lżyli skazańców. Na moment przed śmiercią żołnierze niezłomni krzyknęli w kierunku oprawców: Niech żyje Polska! „Inka” krzyknęła też: Niech żyje Łupaszko! Po komendzie ognia rozległy się strzały. "Zagończyk" i "Inka" nie zginęli od razu. Strzałem z pistoletu dobił ich dowódca plutonu egzekucyjnego.

 

            Żołnierze mjr. "Łupaszko" walczyli na Pomorzu do końca listopada 1946 r. Następnie rozproszyli się po Polsce. Część z nich, w tym Major wpadła w ręce UB.

 

            Wydział IV Karny Sądu Wojewódzkiego w Gdańsku postanowieniem z 10 czerwca 1991 r. uznał za nieważny wyrok wydany pół wieku wcześniej przez gdański WSR. W Rzeczypospolitej Polsce sąd uznał tamten wyrok za nieważny, ponieważ Danuta Siedzikówna działała na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego.

 

Grzegorz Berendt

 

Zdjęcia od lewej:

 

Major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszko"

Danuta Siedzikówna "Inka"

Stacja Lipowa Tucholska

 

 

 

Nagrałeś ciekawą trasę w Borowiackich Szlakach?
dodaj
Chcesz dodać ciekawy obiekt do Borowiackich Szlaków?
dodaj
Znasz interesującą historię o Borowiackich Szlakach?
dodaj